Czoło

– To tanie gówno do niczego się nie nadaje.

Prawdziwy dramat jest wtedy, gdy przyłapujesz się na komentowaniu jakości szczotek do czyszczenia kibla. Gdy w wolnej chwili wpisujesz w Google „jak doprać białe skarpetki”. Gdy na ulubionym forum internetowym (ile arkuszy wydawniczych wypełniłyby twoje posty), pojawia się temat „schemat żywienia niemowląt”. Czytasz o nosidłach Mei-Tai i nowatorskiej metodzie karmienia, która polega na tym, że pozwalasz dziecku upierdolić własnoręcznie całą kuchnię rozgotowanym brokułem. Czytasz cały dzień i czujesz, czujesz, czujesz ten dramat.

Dwa miesiące temu żona pana Grzegorza z Lublina w opakowaniu kaszki dla dzieci firmy N. znalazła zdechłego szczura obtoczonego w ziarenkach kaszy. Facebook. Sprzeciw społeczny. Zbulwersowane komentarze. Kolejni konsumenci zostają ex. Pani Beata K. z firmy N. zapewnia, że obecność martwego szczura w opakowaniu kaszki jest niemożliwa w perspektywie przebiegu procesu produkcyjnego. Brak zaufania do wielkich koncernów. Sanepid potwierdza: niezidentyfikowany kształt w opakowaniu to zbrylona kasza. Zbrylona kasza.

Muszla błyszczy się, błyszczy jak psu jajca, błyszczy jak spocone, świecące czoło Julii, gdy uprawiamy seks. Czysto-brudna pętla czynności fizjologicznych.

– Nie wiem, od kiedy Adam wydaje się ludziom taki interesujący – próbuje mi powiedzieć przez ścianę Julia, przekrzykując odkurzacz, i pewnie znowu ma mokre czoło. Zawsze męczy się przy odkurzaniu. Nigdy się nie rusza, nie daje się wyciągnąć na basen czy bieganie, minimalny wysiłek sprawia, że robi się czerwona i dyszy, i to czoło ma takie mokre.
Wymrukuję jej z łazienki jakieś słowo aprobaty. Szum odkurzacza cichnie, z pokoju słyszę plastikowo-metalowy łomot, w drzwiach pojawiają się kolejno: czoło Julii, nos, śmiech, poplamiony tiszert. Spuszczam wodę.
– Zawsze się go bałam – mówi, zdyszana, i opiera głowę o zimną futrynę. Mokre czoło Julii staje się teraz mokrą, błyszczącą futryną. Pot stygnie, a ona mówi, a ja milczę, siadam na czystym kiblu, a ona mówi: – bałam się zawsze jego tatuaży i tej wystającej szczęki. W ogóle, wiesz, boję się wysokich.

Julia się boi wysokich ludzi. Przypominam sobie, jak któregoś dnia rano wyszłam pobiegać, a Jul zadzwoniła i mówi, że muszę szybko wracać, bo pod oknem ktoś się kręci i mam go zobaczyć. Mężczyzna był obcy oraz, istotnie, dwumetrowy. Wróciłam zgodnie z jej prośbą, wróciłam i pocałowałam, i już było dobrze.

Prawdziwy dramat to szukanie sensu po wielkich narracjach. Tego braku nie zastąpią białe skarpetki, posmarowane kremem ręce, joga, bojkotowanie koncernów, weganizm, kredka do oczu, Manu Chao, filmy dokumentalne na Planete+, sztuka współczesna, prawo na UW, antydepresanty, demonstracje przeciw NWO, horoskopy w Metrze, Kuchnia Pięciu Przemian. Ani nawet powszechna karłowatość, Jul. Wielka kompensacja jest przecież gdzie indziej. Nawet nie w głębi czystego kibla, myślę sobie o tym wszystkim, i wstaję.

Jul patrzy, jak dla formalności ocieram suche już dawno czoło, gaszę światło, biorę od niej odkurzacz i chowam go do szafy. Szafy typu komandor, hit ogłoszeń o wynajmie mieszkania, wysoki standard, po generalnym remoncie, w pełni wyposażone – pralka, lodówka, szafa komandor. Jeśli to jedyny luksus, na który cię stać, to pozwól sobie, pozwól choć raz. To pozwoliłyśmy.

Choć Jul się wahała. Te długie, dramatyczne rozmowy, posiedzenia z terapeutką, czy na pewno jesteśmy gotowe, jak wygląda życie lesbijek, tutaj, tak, czy stać nas na to, psychicznie i materialnie, wszystkie te pierdoły, z których nic się nigdy nie sprawdza. Ale nie musiałam błagać, bo na to bym się nie zdecydowała, nie błagałam, a przyszła ze swoją walizką do mieszkania w idealnej lokalizacji pół godziny autobusem do pętli.

I już mamy swoją kawalerkę z aneksem w wysokim standardzie w wysokim wieżowcu.

(Ding, dong, king, kong – zadzwonił dzwonek i wysoki mężczyzna pojawił się w drzwiach, a Jul uciekła, żeby się przebrać.)

Adam ściska mnie swoim dwumetrowym, umięśnionym ciałem, zrzuca w przedpokoju adidasy i migiem rzuca się do kuchni. Trzaska garnkami, wyciąga z plecaka kupioną na wynos kolację i szybko sam przygotowuje stół. Jul nieśmiało pojawia się w drzwiach – ustawicznie w drzwiach – tym razem ubrana w zieloną sukienkę i z paczką papierosów w chudej dłoni. Ginie w ramionach dwumetrowego. Widzę i czuję, jak zapada się w lęku. Ze strachu pocą jej się te chude dłonie od środka. Podaję jej popielniczkę, szkło wyślizguje jej się z ręki, kurwa, popielniczka stłukła się i Adam, ja pierdolę, od razu w nią wdepnął.

Adam cały jest ciałem. Wszystko, co myśli i czuje, wyraża tylko ciałem, swoim dwumetrowym, umięśnionym, wytatuowanym, niesymetrycznym ciałem. Przytulanie, gotowanie, jedzenie, śmiech, ruch. Wyciąganie szkła ze stopy jest dla niego zamiennikiem wywlekania krzywd przy winie. Szkło w stopie jak strzała, jak atak ze strachu Julii, jak przedłużenie jej spoconych dłoni.

(Ding dong, king, kong – zadzwonił dzwonek i w drzwiach jawi się Rysia, co się dwóch metrów nie boi.)

Śmiech przeplata się ze strachem i rozmowa jakoś się wije. Jul siedzi i pali, kiepuje do doniczki ze zwiędniętą miętą, Adam podrywa Rysię, Rysia onieśmielona pokaleczoną cielesnością Adama czuje zawód jego gładką, nieporysowaną mentalnością. Ja gdzieś z boku dalej myślę o wpływie czoła Julii na znoszenie prawd absolutnych. Gdzieś w środku zdejmuję z niej sukienkę i obgryzam sutki Boga. I już ich nie ma, jeszcze tylko stopy, łydki, kolana, uda i ona. Adam z nogą opartą na krześle wychyla się przez pół pokoju i kończyną górną macha mi przed nosem.

– Kim jest Rysia? – pyta, jakby wcale nie poznawał jej od czterdziestu minut.

Zbliżenie. Rysia ma małe czoło, nosek i czerwone usta, i przerwę między jedynkami, i trzy świnki morskie, i inżyniera z budowy mostów. Histerycznie się śmieje, równie histerycznie płacze. Rysia jest weganką i pracuje w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Nader wszystko Rysia jest sobą, robi swoje tak, jak każdy by chciał. I nie myśli zbyt dużo, gdzieś się z tego wyrwała i umie przejść nad detalami do porządku dziennego. Każdy by chciał być Rysią.

Rysia chciała poznać Adama, bo Adam jest nieidealny. Fascynują ją tacy ludzie, bo samej udało jej się osiągnąć ideał – dlatego pracuje w tej branży i dlatego spotyka się z nami. Spotkania z ludźmi, w których coś pękło, to jej ucieczka od doskonałości. Czuje się odosobniona, bo w niej wszystko jest w całości, nienaruszone. I to jest właśnie Rysia.

Butelka wina poszła, Julia otwiera następną między fajką a fajką. Jej mokre dłonie o obgryzionych paznokciach ślizgają się po korkociągu, znowu pochłaniając mnie bez odwołania. Gdzieś tam oczywiście biorę udział w rozmowie, która się wije wokół wina i dotyczy spraw, które były i które są zabawne, jak na przykład kejs zbrylonej kaszy, albo ważne i kontrowersyjne, jak poliamoria. Ale czuję się jak za szklaną ścianą, zaparowaną od moich i jej oddechów, mimo że ona siedzi tylko i pali, i patrzy z niepokojem na Adama, a z sympatią na Rysię. Wstaję i proponuję, że pójdę po jeszcze jedną butelkę. Następnie trwa plebiscyt, jakie wino kupić. A potem zakładam butelkowozieloną czapkę i gruby czarny płaszcz, i wychodzę. Mróz mi mrozi usta, już się nie wypowiem w żadnym referendum.

Oni wszyscy tam pijani, każde na swój sposób. Adama mniej boli pokaleczona stopa, ale krwawi bardziej; Rysia powoli pęka, jak przejrzały owoc; Julia boi się bardziej otwarcie, choć mniej dotkliwie. Ja – na lekach – nie piję, więc przyszło mi oddychać w szkło.

(Weszłam do sklepu. W sklepie tłum pijanych lub jeszcze nie. Po części śmierdzących. W większości mężczyzn. Dane statystyczne wypadają na moją niekorzyść, znów jestem mniejszością. Stanęłam w kolejce i nerwowo zaglądam za ladę, wzrokiem pytającym o dostępność win z niskiej półki.)

Kupione, czerwone. Teraz tylko stanę w bramie, zatrzęsę kluczami, powstrzymam się od palenia, bo palenie jest anachronizmem, jak mówią na mieście, podrapię się piętą w łydkę i otworzę drzwi. Możemy umrzeć już jutro, więc pij, Jul, myślę, pchając drzwi ramieniem i wchodząc w złote, ciepłe i jasne szkło.