Przymusowa hospitalizacja

Czy osoby chore psychicznie mają prawo do uczuć?

Odpowiem z góry – tak, jasne, że mają. Ale bywają sytuacje, w których to prawo w imię ważniejszych spraw jest ignorowane, deptane i gwałcone. Wiem, że za ten tekst mogą spaść na mnie gromy z jednej, jak i z drugiej strony trudnej relacji psychiatra – pacjent, ale muszę to napisać.

Objawy czy objawienia

Leczysz się już od ponad roku, masz za sobą hospitalizację i znasz listę objawów depresji na pamięć. Problem w tym, że duża część z tych objawów to emocje, to znaczy uczucia. Uczucia mamy zakodowane w głowach jako coś wartościowego i wzniosłego, objawy jako coś niepożądanego, chorobowego. Więc gdy po raz pierwszy nazwałam swój smutek objawem, poczułam się trochę mentalnie zgwałcona. To cholernie trudne zaakceptować perspektywę, z którą psychiatrzy są tak doskonale obyci, że nie pamiętają o jej istnieniu – model biomedyczny, neuroprzekaźnikowy.

Depresja jest podstępną kurwą i – kiedy znowu cię dotyka – poza zupełną dezorganizacją życia, zaburza w dużym stopniu percepcję. Nigdy nie jesteś tak przywiązany/a do swoich emocji, jak w trakcie epizodu depresji. Kiedy ktoś próbuje cię wyleczyć, czujesz, że odbiera ci uczucia będące uzasadnioną reakcją na rzeczywistość; nie wiesz, że rzeczywistość, której doświadczasz, jest zakrzywiona i zła.

Jest to tylko jedna z rozlicznych przyczyn, dla których wiele osób z podejrzeniem depresji nie chce się leczyć. Choć tak jak w przypadku uzależnień, bez chęci wyzdrowienia trudno o jakiekolwiek efekty terapii, ta niechęć jest często ignorowana, a delikwent leczony „na siłę” w imię wyższego dobra, jakim jest jego szczęśliwe życie po wyjściu z depresji.

Pani w różowym szlafroku

Nie podważam zasadności przymusowej hospitalizacji w przypadku, gdy chory lub chora zagrażają swojemu życiu lub otoczeniu. Rozumiem też, że nie wszystko da się osobie o zaburzonej percepcji wytłumaczyć. Ale mam w głowie cały czas myśl o pani w różowym szlafroku z mojej sali na oddziale toksykologii, spokojnej pani koło sześćdziesiątki, której głosy w głowie podpowiedziały, by spróbowała się zabić. Pani w różowym szlafroku została siłą przypięta pasami do noszy i wśród krzyków i zawodzeń wywieziona do szpitala w Gnieźnie lub Kościanie. Krzyczała, że nie jest wariatką, żeby ją tak traktować. Nie w tym sęk – wariatów też nie należy tak traktować.

Bardzo wierzę w rolę psychologów w takich sytuacjach. Wierzę, że wcale nie byłoby tak trudno wytłumaczyć pani w różowym szlafroku, dlaczego dla własnego dobra powinna zgodzić się na hospitalizację, i dlaczego pobyt w szpitalu psychiatrycznym nie jest tak straszny, jak większość ludzi sobie to wyobraża. Jednak na oddziale toksykologii nie było wsparcia psychologicznego dla osób po próbie samobójczej.

Przeżywać emocje po kryzysie

Kiedy uczucia stają się objawami, trudno jest po epizodzie depresji na nowo nauczyć się przeżywać emocje, które są naprawdę uzasadnioną reakcją na to, co przeżywamy, i są bardzo cenne. Osoba z chorobą dwubiegunową zawsze będzie się wahać, czy wyjątkowo dobry nastrój to powód do radości, czy do niepokoju – podobnie jak jej rodzina, będzie wrażliwa na każdy dobry i zły dzień. Ale jestem przekonana, że zawężając perspektywę do zlęknionego wypatrywania nawrotu choroby, tracimy bardzo wiele. Nie wiem, jakie jest rozwiązanie tego problemu. Sama nie umiem być po prostu smutna, po prostu zmęczona czy po prostu w wesołym nastroju na zakupy – jedyną emocją, której przeżywanie pozostało nienaruszone, jest u mnie strach przed kolejnym nawrotem. 

Zazdroszczę osobom, którym udało się wyjść z depresji z pomocą psychoterapii. Psychoterapia uczy dużej delikatności w sferze emocji, czego nie robi farmakoterapia i wywiad w gabinecie psychiatry. Uczy tego, że nastrój to coś o wiele bardziej skomplikowanego niż skala od -5 do +5 i że może być efektem czegoś więcej niż tylko zaburzenia pracy neuroprzekaźników. Niemniej jednak mnie psychoterapia nie wystarczyła do wyleczenia, chociaż pomagała mi uwierzyć, że mimo objawów choroby mam prawo prawdziwie i z zaangażowaniem przeżywać swoje emocje.