Czy warto walczyć z depresją?

Czy warto walczyć z depresją?

Zanim zaczniesz szyderczo się uśmiechać i wytykać mi niekonsekwencję, ponieważ nic na tym blogu nie robię poza namawianiem do walki z depresją, wskocz na wyżyny abstrakcji i wyobraź sobie życie osoby z chorobą afektywną. W skrócie, jeśli jest pod opieką dobrego lekarza i ma odrobinę szczęścia, jej życie to remisje przeplatane nawrotami (a nie nawroty przeplatane remisjami).

Każdemu może i prawdopodobnie zdarzy się krótszy lub dłuższy epizod depresyjny, w tym wpisie chciałabym jednak skupić się na epizodzie depresji w przebiegu przewlekłej choroby afektywnej jedno- lub dwubiegunowej. W przebiegu tych chorób, nawet pomimo ciągłego leczenia farmakologicznego, a także uczęszczania na psychoterapię, prowadzenia mało stresującego trybu życia itp. zdarzają się nawroty depresji – długotrwale obniżonego nastroju (lub wahań nastroju), zwiększonej męczliwości, anhedonii (zaniku odczuwania przyjemności), zaburzeń snu i apetytu, myśli samobójczych, czasami też okresowej fobii społecznej i obniżenia poczucia własnej wartości oczywiście.

Osoby chorujące od lat, a nawet ja, chorująca od półtora roku – mają to wpisane w koszty. Niezapowiedziane niepojawienie się w pracy, niemożność zaplanowania urlopu czy wahanie się, czy w ogóle jest sens ponownie pakować się na studia – to problemy, które dotykają też „normalsów”, którzy przecież miewają kaca, problemy z samooceną czy organizacją czasu. Tylko dlatego, że tak jest, uchodzą nam płazem te nieplanowane „urlopy” od życia, tygodnie w środku wszystkiego spędzone bezczynnie w łóżku, płacz w firmowym kiblu i spanie na wykładach.

Strategie są dwie – walczyć z depresją lub zaprzyjaźnić się z nią. Epizod depresyjny przy odpowiednim leczeniu mija, niezależnie od tego, którą strategię przyjmiemy. Możemy przeleżeć go w łóżku wyjąc z bólu i płacząc w poduszkę, tak jak czasami robię to ja. Przy odrobinie szczęścia możemy przeleżeć go z ukochaną osobą patrzącą na nas z troską. Możemy też podjąć „walkę”, do czego zachęcają nas uprzejmie poradniki motywacyjne, upierdliwi znajomi, mama i psychoterapeutka – mimo niechęci iść na spacer, mimo anhedonii zjeść obiad w ulubionej restauracji, mimo obniżonego napędu pójść pobiegać, mimo obniżonej samooceny zadbać o siebie i zrobić sobie relaksującą kąpiel. I ma to walor terapeutyczny. Kiedy pomimo fizycznego i psychicznego cierpienia udaje nam się zrobić cokolwiek produktywnego, automatycznie, niezależnie od stanu zdrowia psychicznego, poczujemy się lepiej.

Jednak to nie jest strategia dla wszystkich. I ten post jest dla tych, którzy, tak jak ja, najchętniej epizody depresyjne spędzają patrząc w sufit i myśląc o tym, jak bezsensowne jest życie i beznadziejna sytuacja. Po prostu czasami jesteś w takim złym stanie, że leżenie i czekanie na sen to jedyne, na co cię stać. A kiedy masz odrobinę siły, po prostu wiesz, że kiedy napiszesz ten post na bloga, to jakbyś zaprowadził pokój na świecie albo jakbyś zdała egzamin na prawo jazdy (przykłady zrównane nieprzypadkowo). Tak naprawdę nie ma wyboru – walczysz albo nie, z tarczą lub na tarczy. 

A czy warto? Podobno tak.