Oddział psychiatryczny

Dom wariatów normalnie

Dom wariatów, dziecko z Lubiąża, pokój bez klamek, psychiatryk. To tylko pierwsze kilka sformułowań związanych ze szpitalami psychiatrycznymi, które funkcjonują lub funkcjonowały w języku moich bliskich i znajomych. Dom wariatów, czyli sytuacja pogrążenia w absolutnym chaosie, spontanicznych zmianach i braku konsekwencji zdarzeń. „Dom wariatów”, czyli film będący pierwszą częścią serii o Adasiu Miauczyńskim. Dom wariatów, czyli miejsce, gdzie przebywają wariaci – osoby o trwale „pomieszanych zmysłach”, przebywające w odosobnieniu dla bezpieczeństwa swojego i społecznego.


Kiedy wylądowałam po próbie samobójczej na toksykologii, zaproponowano mi dalsze leczenie na oddziale psychiatrycznym. Ponieważ sytuacja romansu NFZ ze zdrowiem psychicznym przypomina love-hate relationship, mimo istnienia Kliniki Psychiatrii Dorosłych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, w „standardzie” miałam zapewnione miejsce w szpitalu psychiatrycznym w Gnieźnie lub w Kościanie. Pomijając niedogodności związane z oddaleniem od domu, o tych oddziałach nasłuchałam się od współleczących się oraz od mojej psychoterapeutki historii generujących obraz jak z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Ponieważ jakiś czas przed wypadkiem byłam na wizycie u kierownika kliniki w Poznaniu, moi rodzice skontaktowali się z nim i załatwili mi miejsce na oddziale C. O dziwo, obyło się bez łapówek.

Starsza pani, która leżała w tej samej sali po samobójczym zatruciu lekami, nie wyraziła zgody na hospitalizację i – ponieważ lekarz psychiatra uznał, że zagraża swojemu zdrowiu i życiu – została siłą zabrana do Gniezna lub Kościana. Pani w różowym szlafroku krzyczała wtedy, że nie można tak traktować normalneg0 człowieka. Miała pewnie na myśli to, co wpisuje się w kartach pacjentów bez psychoz, to znaczy „orientacja prawidłowa”. W tym sensie prawidłowa orientacja miała ją uchronić od postępowania, które byłoby akceptowalne w przypadku prawdziwych świrów, czyli takich z urojeniami. Takie myślenie jest dość płytkie i krzywdzące, bo po pierwsze nie da się stuprocentowo wyznaczyć granicy między prawidłową orientacją osoby w depresji lub w manii a początkiem psychozy. Po drugie – narażanie osoby w tak złym stanie psychicznym na wysoko stresujące sytuacje, jak pojmanie i przypięcie pasami do noszy, jest dla mnie praktyką niezbyt jednoznaczną, czy to etycznie, czy terapeutycznie. Moim zdaniem byłaby tu rola psychologów i terapeutów, których na oddziale toksykologii oczywiście brakowało.

Ale miałam nie o tym. Nie da się tak łatwo ubezwłasnowolnić człowieka, powiedziała doktor Kucharska w rozmowie z moimi rodzicami. To znaczy, próba samobójcza będąca skutkiem ubocznym niewystarczającej obserwacji przy wprowadzaniu nowego leku, nie predestynuje pacjentki do przymusowej hospitalizacji. Mimo tego zgodziłam się, ponieważ nie wiedziałam, co innego mogłabym zrobić ze swoim życiem. Nie wierzyłam szczególnie, że oddział C mi pomoże, naczytałam się o kradzieżach i napaściach na oddziałach psychiatrycznych, sądziłam, że w szpitalu będę samotna i odizolowana. W końcu oddział C jest tym strasznym oddziałem zamkniętym.

W dniu przyjęcia na oddział byłam onieśmielona wysokim standardem, sympatycznymi pielęgniarkami, personalnym podejściem do pacjentów i pacjentek, a wreszcie tym, że zdecydowana większość osób na oddziale miała „prawidłową orientację”, była spokojna i zwyczajna. Szpital jak każdy inny. Czy dom wariatów? Dokładna jego odwrotność. Cudowny porządek w rozkładzie dnia, konieczność wstania na śniadanie i skorzystania z prysznica pomiędzy szóstą a ósmą, kolejka do leków znana z mojego ukochanego filmu „Girl. Interrupted”, wszystko to doskonale układało myśli i pozwalało walczyć z lękiem. Na oddziale C prawie wszystko było przewidywalne i napawało spokojem. Było też nudno, ale w inny sposób, niż kiedy leżałam mięsiącami w łóżku. Z nudów w szpitalu założyłyśmy manufakturę papierowych gwiazdek, i nawet kilka tygodni po świętach uczyłam nowych pacjentów, jak je składać. Banalne, ale idealnie regulujące wszelkie napięcia.

Oczywiście szpital nie jest idyllą dla smutnych normalsów – były pacjentki w epizodzie manii, wieszająca się na słuchawce od prysznica Marysia czy pan, który kradł ludziom jedzenie z lodówki. Ale kiedy wpadasz z koleżanką z sali do palarni i ucinacie sobie pogawędkę, uświadamiasz sobie, że to tak naprawdę nie ma znaczenia. Jedną z moich ulubionych koleżanek z sąsiedniego oddziału dziecięcego była 15-letnia schizofreniczka, która nieustannie opowiadała nam o teoriach spiskowych, zapełniała chaotycznymi zapiskami kolejne kartki i panicznie się bała, gdy dzwonił telefon.

Była też Zu, 13-letnia anorektyczka, znajomość z którą rozpoczęłam kablując na nią pielęgniarce, że schowała pierogi do kieszeni. Zu była na mnie trochę obrażona, ale potem stałyśmy się dla siebie dużym wsparciem. Standardy leczenia zaburzeń odżywiania są dla mnie ogromną zagadką – brak terapii i wpychanie jedzenia z obtłukiwaniem zębów łyżką to tylko początek długiego użerania się Zu z oddziałem dziecięcym Kliniki. Zu była też karmiona przez plastikową rurę wpychaną przez nos do żołądka, po czym kazano jej siedzieć przy dyżurce, ponieważ miała myśli samobójcze. Zu dziś już jest w domu i po ponad trzech miesiącach wreszcie może umówić się z koleżankami na coś do jedzenia. Podobno ostatecznie nawet najbardziej wredna pielęgniarka zmuszająca ją do jedzenia okazała się w porządku.

Chciałabym tym tekstem trochę odczarować leczenie psychiatryczne. Przede wszystkim szpital to po prostu szpital, choć rządzi się trochę innymi (moim zdaniem bardziej przyjaznymi niż zwykłe oddziały) zasadami. Po drugie szpital psychiatryczny to nie jest miejsce, gdzie izoluje się niebezpieczne lub niewygodne jednostki. To miejsce, gdzie otrzymuje się stosowną pomoc – gdy nie mamy siły zrobić sobie obiadu, pościelić łóżka czy pójść się umyć. Przed pójściem do szpitala leczyłam się przez prawie rok bez efektów, na oddziale postawiono mnie na nogi w ciągu 2 tygodni. Radość z uzyskania przepustki czy „awansu” na obserwację zwykłą (można mieć swoje ubrania i chodzić na spacery z pielęgniarkami) to bezcenne uczucie i nie ma w tym nic śmiesznego, kiedy po kilku miesiącach nurzania się we własnych porażkach czujesz w końcu, że coś osiągasz.

Ikona wpisu: „Girl. Interrupted” (1999)