Podróż do domu przez mękę

Dom zły

Najgorzej jest w tramwaju. W pierwszym jest spokojnie, na przesiadkowym przystanku już trochę nerwowo, ale tramwaj nr 2, który dowozi mnie niemal pod sam dom, to dla mnie droga przez mękę. Wracając do domu z przystanku zaczynam rozważać, czy nie wpaść po drodze na kawę albo do lumpeksu, żeby odwlec moment wejścia do mieszkania. Wydaję ostatnie pieniądze na niepotrzebną pierdołę, żeby przedłużyć czas przed powrotem.

Rok temu nasilenie się objawów (wiem, że wolicie, kiedy piszę o tym jak o życiowym dramacie, ale to tylko nasilenie objawów) zbiegło się w czasie z przeprowadzką do nowego mieszkania. Dwupokojowe mieszkanie w centrum Poznania, umeblowane najtańszymi produktami szwedzkiej sieci, popadało w depresję razem ze mną. Lub precyzyjniej – było w depresji od początku, ponieważ jest to mieszkanie w przyziemiu, w oficynie kamienicy, z kratami w oknach i zasłoniętymi roletami.

Moje mieszkanie długo nie było moim domem. Jedna z pierwszych sesji z moją terapeutką dotyczyła tego, że czuję się bezdomna, bo ani ten rodzinny, ani ten przybrany, nie daje mi poczucia bezpieczeństwa. W mieszkaniu byłam wtedy niemal całkiem sama, jako niezdolna do studiowania i pracy spędzając tam całe dnie, leżąc godzinami w łóżku i czekając na późny powrót M. z pracy.

Próbowałam uczynić z mieszkania dom. Kupiłam poszewki na poduszki, zieloną cukierniczkę i zaczęłam szukać świnki morskiej do adopcji. W końcu się udało, za pomocą przytulnej choć kiczowatej lampy stojącej i miejsca na kanapie tuż przy niej, gdzie czytałam swoje czasopisma literackie. Ale to było już w remisji, latem.

Kiedy jest ze mną źle, a przez większość czasu jest (bo nawet w remisji wszystko strasznie mnie męczy, może to lenistwo), nie sprzątam. Nie zmywam, magazynuję kubki przy łóżku i przechowuję stosy brudnych ubrań w kącie pokoju. Okna są zasłonięte, bo bywają sąsiedzi, których interesuje zawartość naszych parapetów.

To wszystko to są próby tłumaczenia, dlaczego jest tak, że powrót z pracy do domu to dla mnie największy zjazd motywacji w ciągu dnia. Wchodząc do mieszkania trzeba trzasnąć drzwiami, potknąć się o buty E. i załamać na widok sterty naczyń w zlewie. Potem zwinąć się w łóżku z laptopem i – starym zwyczajem – czekać na czyjś powrót. Odrzucać pieszczoty kota. Czytać służbowe maile i stresować się uwagami klientek. Grać w głupią przeglądarkową grę.

Oczywiście od zawsze najlepszym dla mnie rozwiązaniem było znaleźć nowe mieszkanie. Więcej światła, fajny design, to na pewno wyleczy moje efki. Kiedyś kompulsywnie przeglądałam mieszkania do wynajęcia, raz nawet poszłam jedno oglądać, mimo że nie zamierzałam się przeprowadzać. Za 2 miesiące wyprowadzam się z domu złego i jeszcze nie wiem, czy nowy w ogóle zostanie domem.