depresja

Hello darkness my old friend

Nie pamiętam, co robiłam wczoraj wieczorem. Pamiętam wyrzut sumienia, że zapomniałam o jakimś spotkaniu, pamiętam SMS-a przeczytanego w środku nocy, pamiętam czyjeś pytanie, czy mam książkę D., które było raczej we śnie niż w SMSie. Depresyjna senność ma dla mnie przede wszystkim smak zapominania, zapominania o ważnych umówionych spotkaniach, deadlinach, zadaniach do wykonania, lekach do połknięcia. 

Znowu się zaczęło. Już wiem, że to początek kolejnego nawrotu, bo kiedy wracałam w piątek z pracy, nie wysiadłam na swoim przystanku, ponieważ nie chciało mi się wstać. Potem były popołudniowe drzemki, po których sen mieszał się z jawą, zignorowane zobowiązania, godziny przeleżane w wannie i poczucie pustki. Były też myśli s., o ciele drżącym powieszonym. Straszny stan, kiedy leżę z twarzą w poduszce i nie mogę wyjść poza projekcje śmierci. Jest się wtedy odciętą zupełnie od wszystkiego, co dobre i niosące ulgę, na przykład nie ma się siły odpowiedzieć na troskliwe pytanie, co się dzieje.

Depresja zamyka usta. Rzadko można spotkać wiarygodne depresyjne świadectwa, trudno też znaleźć język, który nie brzmiałby histerycznie, zbyt głośno albo zbyt trywialnie. Depresja jest cicha, bez ruchu, wypełniająca po brzegi i zamykająca usta. Czyta się przecież czasami o pustym wzroku czy patrzeniu w sufit.

Trudno jest wyłapać ten moment. Każdy ma przecież gorsze dni, bywa zmęczony albo rozdrażniony, albo smutny, nawet bez powodu. Nie chcesz histeryzować i przekładać wizyty u lekarza z powodu zwykłej chandry, ale nie chcesz też udupić się w momencie, gdy już nie masz siły zadzwonić do rejestracji. Ale dla mnie skala jest dosyć wyrazista, i kiedy nie mam siły rano wstać z łóżka, a potem wyjść z wanny, kiedy wyjście do sklepu po drugiej stronie ulicy to wyzwanie, rozumiem, że to już.

Z czasem tracimy chęć leczenia. Poszłam do lekarza i nie powiedziałam mu o myślach, ani o braku sił, powiedziałam, że jestem zmęczona i stresuję się w pracy, i dostałam receptę na benzodiazepiny. Koszmarna sprawa, patrząc z dystansu. Ale ja w depresji mam wrażenie, że wszystko się rozpada na kawałki, które do siebie nie pasują. I żadne leki nie poskładają tego w całość.

To mój pierwszy epizod, kiedy nie będę mogła odpuścić. Do tej pory czując, że depresja wraca, odsuwałam wszystkie obowiązki i zadania, brałam urlop od życia na kilka tygodni, pozwalałam sobie na leżenie, palenie papierosów, picie kawy z czekoladowym mlekiem i snucie się całymi dniami po mieszkaniu w szlafroku. Tym razem tak się nie uda – muszę chodzić do pracy, czekają mnie 3 naprawdę wyczerpujące nerwowo i intensywne dni.

Na zaprzyjaźnionym forum trwa dyskusja na temat tekstu, który pojawił się ostatnio w Polityce (Barbara Pietkiewicz, Dwubiegunowi) – dlaczego autorka wciąż, ustawicznie powraca do kwestii samobójstwa. Jest też anegdotka zza kulis, wedle której autorka wypytywała jedną z forumowiczek o procent chorych, który się zabija. Jasne, to daje do myślenia, że 10-15% chorych umiera śmiercią samobójczą. I np. za samobójstwo nie wypłacają ubezpieczenia. Uważam, że to jest bardzo ważny temat, gdy mówimy o chorobach afektywnych, i choćby to było złe wizerunkowo, to trzeba śmierć samobójczą odczarować i odtabuizować, zwłaszcza, gdy jest to śmierć w wyniku choroby psychicznej.