Nie lajfstajluj mi tu

Okej – powiedzmy sobie szczerze: nie ma na świecie osoby, która nie lubiłaby czasami pocelebrować obniżonego nastroju. Z nieznanych przyczyn smutek daje nam poczucie wyjątkowości, a smutne piosenki sprawiają, że czujemy się wrażliwi i głębocy. Jak jest w przypadku przeciwnych emocji? Osoby w (hipo)manii odczuwają często cudowne, harmonijne spojenie ze wszechświatem, a także boskie natchnienie, miewają też urojenia wielkościowe. Celebrowanie smutku ma jednak jeszcze jedną cechę, której w epoce kultu sukcesu brakuje hipomaniakalnej euforii – smutek nie jest mainstreamowy. W moich czasach smutni chodzili w glanach i łączyli się w subkultury.

 

Jaki jest związek tego wszystkiego z depresją? Biomedyczny model tej choroby zdaje się być daleko od wszelkich dywagacji na temat sposobów przeżywania stanów obniżonego nastroju, zwłaszcza w wymiarze społecznym. Kiedy jednak zaczyna się dyskusja w nurcie humanistycznym, stajemy niebezpiecznie blisko tezy, że depresja to nie żaden stan wyjątkowy, tylko reakcja na kulturę, wyścig szczurów, ewolucyjne nieprzystosowanie naszego organizmu do współczesnego sposobu życia. I przede wszystkim – ludzkie doświadczenie, do którego mamy prawo.

 

I nie jest to ani szczególnie kontrowersyjne, ani niebezpieczne, przynajmniej pozornie.

 

Ale. Nie jestem w zupełności na czasie z nowymi nurtami czy subkulturami powstającymi w Internecie i popularyzującymi się wśród nastolatków, ale chyba niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o publiczne przeżywanie cierpienia (czy to wynikającego z burzy hormonów w okresie dojrzewania, czy zaburzeń psychicznych lub zaburzeń osobowości, albo po prostu problemów osobistych). Po krótkim researchu mogę stwierdzić, że wbrew prognozom, że moda na emo skończy się, zanim się na dobre zacznie, bo wszyscy jej zwolennicy zdążą popełnić samobójstwo (co za okrutna teza z ust ludzi, którzy z łatwością radzili sobie z problemami), w mediach społecznościowych wciąż kwitną nurty gloryfikujące cechy cyklotymiczne, samookaleczenia, głębokie przeżywanie i analizowanie emocji, dużą ekspresję negatywnych nastrojów, próby samobójcze (a także długie skośne grzywki i piercing). Dodatkowo, w serwisach takich jak Tumblr czy Soup.io modne jest repostowanie czarno-białych klatek z filmów i seriali, ze smutnymi, cynicznymi lub pesymistycznymi cytatami.

 

Depresyjność na nowo staje się stylem życia, popularnym i pożądanym przez młodych ludzi. Podczas gdy od kilku lat media grzmią na temat ruchu Pro-Ana, który propaguje zaburzenia odżywiania i doprowadza do skrajnych uszczerbków na zdrowiu i nawet śmierci setek młodych (głównie) dziewczyn, niewiele mówi się o fali “pro-depra”, która zagraża zdrowiu i życiu ludzi w ten sam sposób. Czy można zachorować na depresję na t życzenie? Nie sądzę. Wciąż utrzymuję, że jest to schorzenie, na którego powstanie mamy pewien, ale jednak szczątkowy wpływ. Jednak gloryfikowanie stanów podobnych depresji, akceptacja samookaleczeń jako sposobu radzenia sobie z emocjami nie doprowadzą do niczego dobrego.

 

Co więc łączy nurt “pro-depra” i humanistyczne postrzeganie zaburzeń psychicznych? Po pierwsze, sprzeciw wobec biomedycyny i farmakoterapii. W przypadku “pro-depry” jest to w zasadzie sprzeciw jakiemukolwiek leczeniu w ogóle, ponieważ w ramach tego nurtu propaguje się poczucie, że “takimi właśnie jesteśmy”, a nasze nieszczęście czy obniżony nastrój to tylko wynik większej niż u innych wrażliwości. Po drugie, poczucie, że chęć pozbycia się schorzenia, jakim jest depresja, to coś złego i część kultu sukcesu. Kiedy słyszę o tym, że “naprawienie defektu” dehumanizuje pacjenta, życzę autorowi wypowiedzi epizodu dużej depresji. Ludzie się leczą, szukają pomocy, nie dlatego, że chcą spełniać oczekiwania hipomaniakalnego społeczeństwa, lecz dlatego, że chcą poczuć się lepiej. Tak jakby szybko cofali dłoń włożoną w ogień, chcąc uniknąć bólu.

 

Depresja to nie life style. To choroba jak hemoroidy, rak szyjki macicy czy niedoczynność tarczycy. Chociaż w 2007 roku wrzucałam na bloga czarno-białe selfie z umęczoną miną, dziś wiem, że smutek nie jest cool, a kiedy czuje się go dłużej niż 2 tygodnie, trzeba iść do lekarza.