Nie potrzebuję cię, depresjo

Nie potrzebuję cię, depresjo

Wielu domorosłych psychologów oskarża osoby w depresji o to, że chorują na własne życzenie, bo ich stan jest rzekomo wygodny. Można by z tym polemizować, ale dyskutowanie z taboretem zostawię sobie na kiedy indziej. Zresztą próbowałam już to robić we wpisie „Złe dobre rady„.

Domorośli psychologowie powtarzający cierpiącym na depresję osobom rady, których uzasadnienie sprowadza się do sformułowania „na zdrowy rozum”, z reguły nie mają pojęcia na temat tzw. wyuczonej bezradności – terminu opisującego długotrwały stan, w którym osoba ma poczucie, że próby wpływania na kształt jej życia i brania za nie odpowiedzialności są nieskuteczne. W wyniku tego osoba popada w apatię, bierność i wycofanie. Istnieją teorie wykazujące związek pomiędzy wyuczoną bezradnością, która podobno dotyka całe współczesne społeczeństwa, a zachorowaniami na depresję.

I o ile bardzo mi się ta teoria podoba, bo w przeciwieństwie do wielu wymienianych przez naukowców przyczyn depresji – ta jest bardzo blisko prawdziwego życia, to nie uzasadnia w żadnym wypadku stwierdzenia, że można zachorować na depresję z własnej woli.

Być może włożę tym tekstem kij w mrowisko. Podejmuję lepsze lub gorsze próby radzenia sobie z depresją od dwóch lat i czuję się obecnie lepiej niż kiedykolwiek. Jest to fenomen, zważając na fakt, że znalazłam się ostatnio na swoim największym życiowym zakręcie. Mimo to uważnie przyglądam się drzemkom, przedłużającymi się porankami, chwilom bezsensownego przeglądania fejsa. Bo wiem, że epizod ciężkiej depresji to reakcja na silny stres, której nauczył się mój mózg i nie odpuści tego tak łatwo.

Nie wierzę w afirmacje, autosugestie zmieniające życie, moc pozytywnego myślenia i coaching. Mimo to na przednówku kolejnego epizodu powtarzam: nie potrzebuję cię, depresjo. Jeśli mnie słyszą moje neurony, hormony, stężenia leków we krwi, przysadka, hipokamp, bolące mięśnie, białka i neuroprzekaźniki – nie wierzę już w bezradność, w depresyjny płaszcz obojętności, w kołdrę, stosy brudnych kubków, patrzenie z perspektywy łóżka, jak świat wokół płonie. Nie potrzebuję cię, depresjo, bo patrzę trzeźwo i idę prosto. Wiem już, że żaden z moich problemów nie jest wart prób samobójczych.

Dużo mnie kosztowała ta depresyjna wygoda, o której chętnie mówią życzliwi. Plan na życie, marzenia o karierze naukowej, trzykrotne próby studiowania, większość wieloletnich przyjaźni i krótkich znajomości, pracę, parę niedokończonych zleceń, a w końcu czteroletni związek. W skrócie – choroba rozwaliła wszystko, co miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie, a przecież w ciężkiej depresji znalezienie sensu w czymkolwiek to nie lada wyzwanie.