Oddzielnie

Oddzielnie

Po raz drugi oddzieliłam się od codzienności. Codzienność na oddziale jest zjełczała. Zdziecinniała starość wdziera się przez mój nos i usta; starość przemądrzała krzyczy mi nad uchem. Mam 21 lat i jestem tu najmłodsza. W kwiecie życia, pozostawiona kolejny raz z garścią słów bez znaczeń.

Palarnia pozostaje zamknięta, aż sztućce zostaną policzone. Papierosów nikt nie liczy, chociaż zabijają skuteczniej niż noże do masła. Palarnia to miejsce-sacrum, świątynia, która śmierdzi, jedyne miejsce, w którym bywa cicho. Chyba, że W. opowiada mi tam o zębach swojej córki, na które wydała całe oszczędności. Nie palę od dwóch miesięcy. Odciski robią mi się na ustach od tej śmierdzącej modlitwy.

Ponad połowa pacjentów tym razem to osoby, których kwiat życia dawno zwiędnął i zaczął gnić. Nie ma dnia bez awantury przy zmianie pampersa, nie ma godziny bez „siostro, siusiu” i malowniczych opisów wymiotów, z onomatopejami. Nie ma poranka bez przyłapania współpacjentki na szorowaniu sztucznej szczęki w umywalce obok. Nie byłam gotowa na pochody balkoników, szuranie kapciami, przerażające jęki i wmuszanie jedzenia. A przecież jestem tylko obserwatorem, tylko patrzę na tę farsę.

Częściej niż psycholog bywa tu ksiądz. Jest też siostra zakonna, pacjentka, chodząca w tę i we w tę z różańcem. Jak trwoga, to do psychiatry. Organizuje grupowe modlitwy dla pacjentów. Boże mój Boże, niech Prozac pomoże.

Palarnia pozostaje zamknięta, bo sztućce nie zostały policzone. Telefony ładujemy tylko nocą, w zabiegowym. Kabel do telefonu ładuje telefon, więc nie może zostać wydany przed dwudziestą pierwszą, nawet w innym celu. Zrobienie kawy wymaga aprobaty pielęgniarki i wydania kluczyka do szafki z kawą. Gruba, miękka bluza nie przeszła selekcji na izbie przyjęć, bo nie jest piżamą.

Na izbie przyjęć pani doktor, miłościwie pominę inicjał, parsknęła śmiechem patrząc na datę mojej próby samobójczej. 13.12.2013 – wybrała Pani ten dzień? Wzrok do góry, zimne spojrzenie, tak, i to był piątek. Brnąc dalej: skąd pomysł na tę hospitalizację? Wzrok w dół, podciągam rękaw.

Wieczorem jest najgorzej. Wieczorem myślę, że już nie wytrzymam, ukradnę nóż do masła, zawisnę na sznurku od rolet. Zabieranie nożyczek jest jednakże tak skuteczne, że muszę wytrzymać.

Najgorzej jest też na posiłkach. Po pierwsze – śniadanie, o ósmej, mleko czy kawa, młodzi na koniec jadalni, przepraszam, przepraszam, siadam. Naprzeciwko mnie pusty wzrok, kawa z mlekiem płynąca po brodzie na zawieszoną pod brodą białą szmatę, ręka, która nie ma tyle siły, by utrzymać łyżkę w powietrzu i druga, która prowadzi delikatnie tę łyżkę do ust o wąskich wargach. Dwadzieścia niedołężnych osób na piętnastu metrach kwadratowych. Jem kajzerkę z kawą i przeciskam się z powrotem. Potem słyszę liczenie sztuców, szuranie kapci i skrzypienie balkoników o linoleum.

Mam tu wyzdrowieć. I zrobię to, pomimo że każdy tu płacze przez sen. Choć wydaje mi się tym razem, że pytanie lekarki na izbie przyjęć nie było bezpodstawne.