Radość z nieszczęść innych

Radość z nieszczęść innych

Justyna Kowalczyk mówi o swojej depresji. O swojej depresji mówiła i śpiewała Maria Peszek. Niedawno o swojej depresji napisała na blogu Riennahera. Za każdym razem wywołuje to u mnie uśmiech, czasem dzielę się tym uśmiechem z Wami na fanpage’u – ale nie dlatego, że cieszę się z czyjegoś nieszczęścia.

Pozbywając się skrupułów – jeśli ktoś już musi chorować na depresję, to niech będą to ludzie wpływowi i bogaci. Nie dlatego, że muszą zapłacić cenę za przynależność do pewnej klasy, ale dlatego, że to daje szansę.

Po pierwsze – jeśli mają pieniądze, mają też dostęp do opieki medycznej na najwyższym poziomie, jakiego nie ma przeciętna Polka z zaburzeniami afektywnymi, o czym pisała ostatnio Polityka. To daje im szansę na szybką diagnozę i leczenie, choć nie wszyscy mają szczęście być perfect responderami i, tak jak Justyna Kowalczyk, mogą okazać się lekooporni – to znaczy bardzo słabo reagować na leczenie farmakologiczne. W wywiadzie z Justyną to słowo nie pada, ale może warto wspomnieć o tym, że osoby lekooporne można leczyć za pomocą elektrowstrząsów, co jest wbrew powszechnemu przekonaniu mało inwazyjnym i bezbolesnym zabiegiem. I działającym od razu.

Po drugie, ważniejsze – jeśli są wpływowi, to mogą światu w nich wpatrzonemu opowiedzieć o tym, co przeżywali. I jedna z ich depresyjnych łez stanie się wtedy kroplą drążącą skałę, jaką jest depresyjne i suicydalne tabu. Dlatego skrupulatnie dzielę się z Wami przypadkami, gdy sławna osoba wspomina o doświadczeniu depresji – ponieważ warto to chwalić, popularyzować, rozmawiać ze znajomymi o Justynie Kowalczyk zamiast o Baracku Obamie. Po to, żebym mogła powiedzieć szefowi, dlaczego nie przyszłam któregoś ranka do pracy, żebym mogła nie kłamać, gdy w towarzystwie biorę colę zamiast drinka, żebym nie straciła przez depresję pracy, żebym mogła mimo jej nawrotów skończyć studia i żeby renta socjalna dla osób niezdolnych do pracy wynosiła więcej niż 600 złotych, żebym – kiedy nie mogę pracować – mogła się utrzymać bez wsparcia rodziny.

Niestety nie możemy wybrać, a depresja dotyka osoby ze wszystkich grup społecznych, niezależnie od płci czy wieku. Niezależnie od tego, czy jesteśmy znanymi na całym świecie sportowcami, czy studentami-freelancerami, czy recepcjonistkami w salonie fryzjerskim, czy dziennikarkami muzycznymi – możemy, mamy prawo i powinniśmy mówić głośno i prosto o prawdziwych powodach tego, dlaczego znikamy z życia na jakiś czas. Depresja to słowo-wstyd, ale można je odczarować. Psychotropy to słowo-zabawa, ale spoważnieje. Mówienie o doświadczeniu depresji to coming-out – to nie „przyznanie się” (do czegoś złego), ale dumne wyjście do ludzi z czymś, co jest dla nich w kategorii „inne”.

Inne=obce=obecne=fascynujące.

Ikona wpisu: Justyna Kowalczyk, PHOTO JACEK KOZIOL /SE/EAST NEWS