Leki antydepresyjne cena

Sam się lecz!

Wchodzę do apteki, podaję starszej pani za ladą wypisaną maczkiem receptę. Mruży oczy, doczytuje się i patrzy z przestrachem, nie wiem, czy na mnie, czy na nazwę leku. Ale wie pani, że na ten lek nie ma refundacji? – Nie ma, wiem… Ważne że działa – dodaję sobie animuszu i wygrzebuję z torby portfel. Farmaceutka znika na moment na zapleczu i wraca ze stosem pudełek w ramionach.

Kładzie na ladzie chemiczne złoto, farmaceutyczne perły w kapsułkach z żelatyny, ale nie takiej zwykłej, z żelatyny z kości słoniowej. 90 kapsułek o przedłużonym uwalnianiu, każda z nich ma w sobie chęć życia, radosne wstawanie z łóżka o 6.30, poczucie własnej wartości, dobre relacje ze znajomymi, smaki, zapachy, emocje całego świata, zdolność do samodzielnego utrzymania, do zrobienia obiadu, wyniesienia śmieci, uśmiechu do odbicia w lustrze.

Chyba nie oczekuję, że taki towar będzie w Polsce za darmo? 25o złotych za dwa miesiące życia każdym porem skóry to przecież niewielka cena, skoro działa. 

Jak jest zdrowie, to i pieniądze się znajdą – mówię dalej, przekonując bardziej siebie niż ją. Bo mi się znajdują, mam tyle szczęścia, że reszta rodziny jako tako zdrowa i ma chęć mi pomóc w tych urojonych poszukiwaniach. Ale przecież nie wszyscy tak łatwo znajdują skarby, wszyscy raczej czytają wieczorami różne takie fora internetowe, czytają o pozytywnym myśleniu, spacerach i zdrowym odżywianiu, a rano nie mogą wstać i mówią rodzinie, że boli ich głowa.

250 złotych za dwa miesiące życia to tylko część większej całości. Skoro pieniądze się znajdą, to mam możliwość chodzić do lekarza, który odbierze ode mnie telefon w niedzielę o 22, a nie tylko we wtorki i w czwartki między 11 a 14.30. Skoro pieniądze się znajdą, to idąc na miesiąc do szpitala nie musiałam się martwić, że po wypisie nie będę już miała pracy, bo byłam zatrudniona na śmieciówkę.

Jest tak, że rano rzucasz kurwami pod nosem, bo skończyły ci się antydepresanty, a wiesz, że po kilku dniach bez nich – bang bang you’re dead. Znajdujesz w portfelu 20 złotych i receptę, zbiorczą ze wszystkimi lekami na dwa miesiące. Idziesz do apteki i prosisz o jedno opakowanie jednego z leków, a na resztę, jeśli można, odpis. Ale wie pani, że przy odpisie traci pani refundację na te leki? – Wiem. – i machasz Chrobrym wymownie.

Nie masz kasy na całą receptę, więc wykupujesz jeden lek, a jednocześnie cena całej reszty skacze o 70%. I kiedy któregoś następnego ranka znajdziesz w portfelu nie receptę, a odpis, Chrobry nie wystarczy.

Bywa też tak, że z powodu próby samobójczej lądujesz na toksykologii. Tygodniowy pobyt w szpitalu w większości przypadków oznacza odszkodowanie liczone za każdą dobę na oddziale. Nie wtedy, kiedy na wypisie widnieje złe słowo na S. Pani w ubezpieczalni wyciągnie spod biurka umowę, której nikt nigdy na oczy nie widział, i wskaże czarną smugę, która z bliska okaże się zapisem, że nie. Że samobójcom nie wypłacają. A potem zapyta, czy wszystko w porządku. Możesz też spędzić miesiąc na oddziale psychiatrycznym, tracąc w międzyczasie źródło dochodu, ale za to ubezpieczalnia też nie oddaje.

To nie jest tekst w tonie Wałęsadawajmojestomilionów i Gdziemojepodatki. Mam 21 lat i od zawsze moją składkę opłacają moi rodzice albo uczelnia, bo żaden z moich pracodawców nie czuł potrzeby zapewnienia mi ubezpieczenia zdrowotnego. Mi jest po prostu bardzo smutno, kiedy zamiast leków niosę do domu w plastikowej siatce 24-karatowe złoto, a ono tak czy siak rozkłada się w moich jelitach. 

 

Ikona wpisu: Tom Mc Nemar