Depresja a seks

(Seksualna) depresja

Dobry seks to właściwy balans pomiędzy używaniem a byciem używanym. Chyba, że jesteś katolikiem, wtedy jest cudownym spojeniem dusz małżonków i doznaniem boskiej mocy. Czy coś. Niestety w przypadku osób chorych psychicznie to równanie nie jest takie proste – eFki wpychają nam do łóżka między innymi leki antydepresyjne, niechęć do prezerwatyw, rozdrażnienie i co najmniej dziwny stosunek do seksu.

Depresja jako taka obniża libido. Jest to jeden z objawów tej choroby wymienionych w każdym podręczniku, monografii, artykule i wpisie na kobiecych portalach. Dość duża świadomość tego problemu prawdopodobnie wynika z tego, że nieudane życie erotyczne bywa dla ludzi większym problemem, niż niechęć do jedzenia i budzenie się nad ranem. Anhedonia to niemożność odczuwania przyjemności, na przykład smaku ulubionych potraw czy radości ze spaceru, ale również obniżenie wrażliwości seksualnej. Nie wiem, które tu jest przyczyną, a które konsekwencją – zapewne da się to łatwo wyjaśnić na poziomie neuroprzekaźników, ale ja po roku leczenia umiem je tylko wymienić i ewentualnie wytłumaczyć, czym jest wychwyt zwrotny. Albo i tego nie umiem.

Nie jest jednak tak, że osoba w depresji nie ma ochoty na seks – bywa i tak, lecz przynajmniej w moim przypadku moja erotyczna pamięć była dość trwała. W konsekwencji jednym z moich niewielu pragnień w epizodach depresyjnych był orgazm, bo to moment, kiedy nie myślisz o niczym złym i nie czujesz żadnego bólu. Mała śmierć. Drugim z tych pragnień było poprawienie mojej relacji z M., bo przy mojej niechęci do czegokolwiek czułam, że coraz bardziej się od siebie oddalamy. Jednego i drugiego nie dało się spełnić, bo nawet najfajniejszy seks dawał doznania porównywalne do przyjacielskiego poklepywania po ramieniu.

Nawarstwiające się problemy seksualne i nieseksualne potęgowały niechęć. Oczywiście kultura jest pod tym względem okrutna, i choćbym nie wiem jak proseksualnego podejścia w sobie nie wytworzyła, nie mogłam odeprzeć krzywdzących i nieprawdziwych twierdzeń, obarczających winą za moją niechęć do seksu partnera. Ale ponieważ masturbacja też była jak klepanie po ramieniu, powoli zaczęłam rozumieć, że źródło problemu leży gdzie indziej.

Jasne, że były od tego wszystkiego wyjątki. W ogóle w mojej chorobie było sporo wyjątków, co trochę utrudniało diagnozę i zaakceptowanie jej. W każdym razie tak jak bywały momenty dobrego nastroju i krótkie próby ratowania zawalonych obowiązków, tak zdarzał się niesamowity seks, który jeszcze nawarstwiał frustrację.

Dochodzą jeszcze dwie rzeczy, o których trzeba napisać, mówiąc o wpływie zaburzeń afektywnych na życie seksualne. Po pierwsze, post SSRI sexual dysfuncion, najstraszniejszy skutek uboczny stosowania inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny. Podobno obniżenie libido i zmniejszenie wrażliwości seksualnej (polegające na braku odczuwania przyjemności również w trakcie orgazmu) dotyka sporo użytkowników tych leków, ale zapadalność nie została jeszcze przebadana. Oczywiście po zapoznaniu się z ulotką do pierwszego zapisanego mi antydepresantu najbardziej przejęłam się właśnie tym możliwym działaniem niepożądanym i przez długi czas twierdziłam, że moje porażki na tym polu wynikają właśnie z przyjmowania psychotropów. Jednak PSSD trwa latami po zaprzestaniu przyjmowania leków, a u mnie objawy minęły wraz z nadejściem remisji (wciąż na końskich dawkach SSRI i innych).

Na drugą rzecz natknęłam się w zasadzie przypadkiem i przeczytałam z przerażeniem. Huffington post opisał w 2012 wyniki badania, które sugeruje wyraźną korelację między depresją młodych kobiet a niechęcią do stosowania antykoncepcji. Zgadza się, może wstyd się przyznać, ale stosowanie prezerwatyw dla osoby chorej jest równie trudnym przedsięwzięciem, jak wytarcie się ręcznikiem po wyjściu z wanny. Czyli trudnym. Tymczasem, pomimo tego, że zajście w ciążę podczas zażywania leków psychotropowych może nieść ryzyko uszkodzeń płodu, niektórych z nich nie można łączyć z tabletkami hormonalnymi. Jest to ważne nie tylko ze względu na zdrowie ewentualnego dziecka, ale przede wszystkim na ryzyko pogłębienia depresji w ciąży i depresji poporodowej. Osoba w epizodzie depresyjnym jest ostatnią, która powinna brać na siebie trudną decyzję o zachowaniu lub przerwaniu ciąży i ciężar wszystkich problemów, które wiążą się z narodzinami dziecka. To tylko niektóre aspekty, które warto poruszyć w tym temacie – dodać można, że choroba afektywna dwubiegunowa jest chorobą genetyczną, ale w naszym kraju nie ma co liczyć ani na legalną sterylizację, ani na aborcję z powodu uszkodzenia płodu w wyniku stosowania leków w pierwszym trymestrze.

Wnioski? Seks jest BARDZO, BARDZO trudną sprawą dla osób w epizodzie depresji, prawdopodobnie tak trudną, jak dla osób w manii i ich rodzin. Rozwiązanie? Na PSSD mają ponoć leki, na depresyjną anhedonię mogą pomóc tylko antydepresanty, które niosą za sobą ryzyko PSSD… Szczęście, jeśli działają na nas akurat te leki, które nie wywołują u nas obniżenia wrażliwości seksualnej, i które można stosować razem z antykoncepcją doustną. Bo są i takie, i chyba właściwa współpraca pacjentki z lekarzem i lekarza z pacjentką jest tu kluczowa.