Leki antydepresyjne

Te złe leki

Leki psychotropowe mogą zabić. Przedawkowanie środków nasennych jest jedną z najczęściej wybieranych metod popełnienia samobójstwa, szczególnie u pacjentów psychiatrycznych. Leki psychotropowe mają szereg skutków ubocznych. SSRI kastrują, pozbawiając chorego jednej z niewielu odczuwalnych przyjemności. Normotymiki wypłukują z uczuć. Benzodiazepiny usypiają. To wszystko prawda, ale jest jeden ważny powód, dla którego dwa razy dziennie odbywam rytuał wysupływania z opakowań, krojenia, nalewania, popijania. Leki psychotropowe ratują życie.

Anty-psychiatria ma długą historię i wciąż się waham, czy mam ochotę się w nią zagłębiać. Medycyna niekonwencjonalna ma ją jeszcze dłuższą i tym bardziej nie chce mi się zastanawiać, dlaczego szereg ludzi woli zaufać samozwańczemu naturopacie niż doświadczonemu lekarzowi z dyplomami i tytułami. Być może jest tak dlatego, że pomimo ich niższej wartości, bardziej trafiają do nas dowody anegdotyczne niż te oparte na badaniach. Liczby i opracowania naukowe są dla większości ludzi mniej przekonujące, niż wzruszające historie o zbawiennej roli natury. W świecie po wielkich narracjach dziwka natura stała się źródłem decyzji etycznych i celem samym w sobie. Ludzie, którzy wyznają tę filozofię, piszą o tym często w komentarzach na Facebooku, a naturopaci szukają klientów zamieszczając ogłoszenia w Internecie. Co oczywiście ma dużo wspólnego z naturą.

Z jakiegoś powodu szczególną niechęcią darzymy wszyscy leki psychotropowe. Lekami nie uzdrawiamy, tylko faszerujemy. Ja też byłam częścią tej sytuacji, na przykład odstawiając leki na własną rękę po dwumiesięcznej remisji. W innych wpisach możecie przeczytać, jak to się skończyło.

Po sprawie z próbą s. i szpitalem zrozumiałam, że depresja to poważna choroba, która może doprowadzić do śmierci, i poważnie należy ją traktować. Poważne traktowanie w moim wykonaniu polega na regularnych wizytach u poważanego profesora nauk medycznych, regularnym łykaniu leków i uważnym śledzeniu spadków nastroju. Gdybym chorowała na nowotwór, szukałabym pomocy u osób z wiedzą i doświadczeniem. Tak robię i teraz.

Oczywiście kwestia leczenia w depresji jest bardzo trudna, bo osoba w ciężkim stanie nie ma woli leczenia, jest obojętna i pesymistyczna. Październik przeleżałam na kanapie, nie mając siły wpisać numeru lekarza na telefonie. Leki (jak się później okazało, w dawkach “homeopatycznych”) nie pomagały, co podburzało moją niechęć. Klimat konfliktu między psychoterapeutami i psychiatrami też nie poprawiał sytuacji. Jedynym sposobem na moje leczenie byli rodzice, którzy przyjeżdżali, żeby zawieźć mnie do lekarza, i M., który przynosił mi do łóżka tabletki.

Jak jest z tymi skutkami ubocznymi? Oczywiście występują, niektóre bardziej upierdliwe, inne zauważalne, ale do zniesienia. Na paroksetynie myślałam, że mam post SSRI sexual disfunction, na karbamazepinie bolała mnie głowa. Ale równie dobrze mogło być tak, że moje PSSD to depresyjna anhedonia, bo obniżone libido ustąpiło, gdy poczułam się lepiej, a głowa być może bolała mnie z nerwów. Niektórzy mówią o nadmiernej senności – ja przez kilka miesięcy depry spałam po 16 godzin na dobę, bo po prostu nie miałam ochoty na nic innego.

Obecnie biorę leki, na których prawdopodobnie (jeśli nic mi nie odjebie) będę do końca życia. Pomimo brania sporych dawek antydepresantów i leków normotymicznych co jakiś czas zdarzają się nawroty. Ale to dzięki tym lekom przeżywam właśnie najszczęśliwszy i najbardziej intensywny czas od dwóch lat i nie widzę powodu, dla którego drżenie rąk czy suchość w ustach miałyby mnie zniechęcić do farmakoterapii. Codzienne łykanie garści psychotropów jest równie naturalne, jak codzienne golenie nóg i podgrzewanie zupy w mikrofalówce. A przecież te rzeczy robimy z bardziej błahych powodów, niż swoje zdrowie i życie.